Nadopiekuńczość – największa zmora jedynaków.

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, kiedy chce opuścić swój rodzinny dom i zamieszkać bez rodziców.

Już jako nastolatka nie mogłam się doczekać tej chwili. Wszystko było spowodowane nadopiekuńczością mojej mamy.

Powiecie, że nadopiekuńczość nie jest taka zła, ale ktoś, kto nie miał z tym do czynienia, chyba nigdy tego do końca nie zrozumie. Nie chodzi tu przecież tylko o ogromną miłość jaką darzyli (i wciąż darzą) mnie rodzice, czy ich wieczne zamartwianie się o mnie. Nadopiekuńczość, którą ja doświadczyłam (i wciąż doświadczam każdego dnia!) spowodowała, że nie tylko nie wyobrażam sobie znów zamieszkać z rodzicami, ale nawet nie chciałabym mieszkać blisko nich.

Jako jedynaczka miałam swój własny pokój. Możnaby pomyśleć azyl, miejsce tylko dla siebie, 4 ściany, w których można się zamknąć i odgrodzić od wszystkiego i wszystkich, gdy zajdzie taka potrzeba. Niestety, ale było zupełnie inaczej. Drzwi do mojego pokoju musiały być zawsze otwarte, bo gdy tylko próbowałam je zamknąć, słyszałam: Po co zamykasz drzwi? Zostaw otwarte, bo wtedy wiem, że jesteś w domu, a jak są zamknięte, to tak jakby Cię nie było. Muzyka, jakiej słuchałam, musiała odpowiadać mojej mamie, w przeciwnym wypadku krzyczała: Czego Ty słuchasz?! Włącz coś normalnego. Musiałam jej również słuchać dostatecznie głośno, ponieważ chciała jej słuchać razem ze mną.

To jeszcze nie było najgorsze. Intymność, której potrzebuje każdy człowiek, została mi odebrana nie tylko ze względu na wiecznie otwarte drzwi. Gdy korzystałam z łazienki, mama zawsze wchodziła do niej bez pukania, tak jakby nie było mnie w środku, bez względu na to czy akurat myłam zęby czy brałam kąpiel. Podejrzewam, że robiła to, ponieważ martwiła się czy się nie topię i wchodziła do łazienki pod byle jakim pretekstem i za każdym razem, gdy w niej byłam.

Nigdy nie chciałam sprawić mojej mamie przykrości i nigdy nie powiedziałam jej, że mi to przeszkadza. To był zapewne błąd.

Po domu musiałam zawsze chodzić uśmiechnięta, bo kiedy tylko uśmiech znikał z mojej twarzy, mama z wielką troską w głosie pytała co się stało i dlaczego jestem smutna. Nie satysfakcjonowała ją odpowiedź, że wszystko jest w porządku i po prostu się nie uśmiecham. Po jakimś czasie nauczyłam się mówić, że jestem zmęczona i to, o dziwo, zdawało egzamin.

Kiedy przyszedł czas, że zapragnęłam wychodzić z domu wieczorami, aby spotkać się ze znajomymi, to zawsze musiałam wracać o ustalonej godzinie. Moim rodzicom nie było na rękę, że w ogóle wychodzę. Woleli, żebym siedziała z nimi w domu albo jak już miałam wychodzić, to nie co tydzień.

Wyprowadziłam się z domu idąc na studia. Widziałam, że rodzice są ze mnie bardzo dumni, że dostałam się na dobrą uczelnię, ale widziałam też, że doskwiera im syndrom pustego gniazda. Mówiłam sobie, że taki jest kolej rzeczy i że muszą się z tym uporać. Gorzej zaczęło się robić, gdy mieszkając u swojego chłopaka (obecnego męża) przestałam zjeżdżać do domu co weekend. Najzwyczajniej w świecie chciałam swój wolny czas poświęcić jemu, bo w tygodniu byłam zajęta nauką.

Moja mama wpadła w depresję. Dzwoniła i pisała do mnie codziennie. Nie potrafiła pogodzić się z tym, że jej malutka córeczka jest już dorosła. Mój mąż uważał, że po pewnym czasie sytuacja się unormuje. Nie miał niestety racji. Niedawno nawet usłyszałam od mojej mamy, że podczas rozmowy telefonicznej mam jej nie mówić, że muszę kończyć, bo wtedy jest jej przykro i że to ona chce zawsze kończyć rozmowę.

Jest wiele takich sytuacji w moim życiu, w których bardzo żałuję, że nie mam rodzeństwa. Chyba jedynym plusem, jakim dostrzegam w byciu jedynaczką, jest fakt, że sama będę mieć więcej dzieci, bo nie chcę, aby mój syn musiał przechodzić przez to co ja.

Odnajdź mnie na Facebooku i bądź na bieżąco ze wszystkimi aktualnościami – Jedynaczka.

Dodaj komentarz